Elite Open w Hamburgu
Kwiecień 10th, 2011, Tagi: hot'n'fun, moja dziewczyna została w domu, openWyjazd na Hamburg Rumble był dla nas jak wycieczka do wesołego miasteczka dla dziecka. Takiego czterolatka, za małego, by skorzystać z połowy atrakcji, który jednak biega z rozdziawioną gębą, chłonąc świecącymi oczami te wszystkie pstrokate karuzele, tych wszystkich mistrzów strzelnicy, którzy zawsze trafiają w środek tarczy. Na liście drużyn zaproszonych do Hamburga byli w końcu Brytyjczycy z Fire of London (10. miejsce na WUCC 2006 w Perth, Wicemistrzowie Europy 2008) i Chevron Action Flash (Mistrzowie Europy 2009) oraz eksportowa ekipa elite open z Holandii – Cambo Cakes – i jej niemiecki odpowiednik – 7 Schwaben. O wysokie referencje podejrzewaliśmy również Duńczyków z Father and Sons, którzy według naszych domysłów mieli być występującymi pod przykrywką Ragnarok, wielokrotnymi medalistami Mistrzostw Europy. Tej rewelacji nie udało nam się jednak potwierdzić. Jadąc do Hamburga byliśmy przygotowani na zebranie tęgich batów; jednocześnie, bez względu na wynik, podekscytowani samą możliwością podglądania czołówki europejskiego ultimate.
Hamburg Rumble to debiut polskich drużyn na turnieju elite open, w najwyższej kategorii rozgrywek ultimate. Przy czym za samym słowem elite nie kryją się żadne formalne wymogi. To luźne określenie drużyn, które prezentują doskonały poziom sportowy i z powodzeniem rywalizują o najwyższe cele. Hot-n-Fun, bo pod taką nazwą zgłosiła się nasza mieszana, poznańsko-warszawska ekipa, zmuszona więc była naprędce doszyć sobie łatę zespołu elite, z nadzieją, że kompletny brak doświadczenia będziemy mogli sprawnie nadrobić sportową ambicją i wolą walki. Z podobnymi nastawieniem przyjechała na Hamburg Rumble druga drużyna z Polski – Girls Stay Home.
Pierwszy mecz mieliśmy rozegrać z gospodarzami – Hardfisch. Niestety nie zdołaliśmy się w porę zebrać po śniadaniu i wspólnie przeprowadzić pełną rozgrzewkę. W mecz weszliśmy więc nierozrzucani i nieco stremowani. Stąd sporo strat, choć nasza obrona działała całkiem skutecznie i wymuszała błędy również po stronie bardziej doświadczonych Niemców. Pierwsze punkty zdobyliśmy huckami. Hardfisch szybko zorientowali się, że długie rzuty są naszym atutem i zmienili obronę, ustawiając z tyłu poacha i odcinając głębokie cuty do zony. Daliśmy się zaskoczyć i gospodarze uzyskali nad nami niewielką, choć komfortową przewagę. Niemniej to my zachowaliśmy w końcówce spotkania więcej sił i zaczęliśmy gonić wynik. Ostatecznie zabrakło nam nieco zimnej krwi. Dla odmiany Hardfisch, pomimo że sytuacja zaczęła się dla nich robić nieprzyjemna, konsekwentnie grali swoje, bezbłędnie wykorzystując w ostatnim punkcie stratę, którą mieliśmy piętnaście metrów od naszej zony defensywnej. Mecz zakończyliśmy z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony byliśmy niebywale podbudowani nieoczekiwanie zaciętą walką, z drugiej strony, bez fałszywej skromności, mieliśmy poczucie, że stać nas na więcej.
Za godzinę kolejne spotkanie, przeciwko Cambo Cakes. W tym czasie chłodny poranek ustąpił miejsca iście letniemu, słonecznemu przedpołudniu. Przez dłuższą chwilę obserwowaliśmy, jak Chevron rozprawia się z dumą Berlina, Wall City.
Jak się za chwilę zorientowaliśmy, nasi holenderscy przeciwnicy mieli grać savage, czyli siódemką bez zmian. Upatrzyliśmy w tej sytuacji szansę na zrehabilitowanie się po meczu z Hardfisch i odniesienie pierwszego na tym turnieju zwycięstwa. Niemniej początek spotkania zupełnie nie przebiegł po naszej myśli. Cambo Cakes ustawili obronę strefową, na którą nie byliśmy w stanie odpowiedzieć. Niecierpliwe próby długich rzutów skutecznie powstrzymywał ich wysoki deep. Przegrywaliśmy najpierw 0:6, potem, 2:8. Od tego jednak momentu Cambo Cakes byli już bardzo zmęczeni, zaczęli popełniać niewymuszone błędy, my natomiast złapaliśmy rytm i choć w końcówce Holendrów wspomogli świeżo przybyli zawodnicy, gra zrobiła się bardzo wyrównana. Mecz do 10, nam udało się doprowadzić do stanu 8:9, jednak ostatni punkt należał do Cambo Cakes. Kolejna przegrana o włos.
Po meczu z Cambo Cakes nastąpiła dwugodzinna przerwa obiadowa. Następne spotkanie rozegraliśmy przeciwko czeskiemu open. Pogoda i iście poobiednie tempo gry mogły przywodzić na myśl sjestę południowców. Przeważaliśmy od samego początku, przez cały mecz staraliśmy się pilnować, by nie stracić koncentracji i nie pozwolić rozkręcić się bardziej doświadczonym Czechom. W przeciwieństwie do poprzednich spotkań, to było całkowicie pozbawione dramatyzmu. Wygraliśmy pewnie 10:4.
Nieco podbudowawszy zwycięstwem nasze morale, przystąpiliśmy do meczu z faworytami naszej grupy, 7 Schwaben. Nie spodziewaliśmy się ugrać wiele przeciwko tak mocnej drużynie, jednak stanęliśmy na linii z silnym postanowieniem stawienia tak mocnego oporu, na jaki tylko będzie nas stać. Pierwsze trzy punkty były rzeczywiście ciężkie, większość naszych ataków nie dochodziła nawet do połowy boiska. Potem jednak złapaliśmy z 7 Schwaben kontakt i mecz zrobił się dużo bardziej wyrównany. Spotkanie obfitowało w dużo twardej, fizycznej gry. Niestety uraz kręgosłupa, jakiego doznałem podczas tego meczu, wyeliminował mnie na resztę turnieju. Ostatecznie spotkanie z 7 Schwaben przegraliśmy 7:10. Jeśli wziąć pod uwagę, że, obok Brytyjczyków, byli oni faworytami turnieju, mogliśmy być dumni z uzyskanego wyniku. To był ostatni mecz w sobotę.
Niestety większość spotkań graliśmy równolegle z Girls Stay Home i nie było zbytnio okazji, by się nawzajem dopingować. Socjalizację z naszą bratnią ekipą odłożyliśmy na wieczór. A w zasadzie – odłożyłem – bo gdy reszta Hot-n-Fun poszła spać, sam dołączyłem do chłopaków z GSH i wspólnie wyruszyliśmy odkrywać nocne życie Hamburga. Wiedzeni samczym instynktem, zaostrzonym całym dniem czysto męskiej rywalizacji, szybko trafiliśmy na czerwoną ulicę. Nie zabalowaliśmy tam jednak zbyt długo, i, zahaczywszy po drodze o monumentalny pomnik Bismarcka, już o wpół do drugiej byliśmy z powrotem na hali.
Uporawszy się z Frühsport, przyszedł czas na ostatni mecz turnieju, przeciwko Father and Sons. Mieliśmy świadomość, że gdyby nie nieznacznie przegrane spotkania grupowe z Hardfisch i Cambo Cakes, walczylibyśmy teraz o dużo wyższe miejsce. Chcieliśmy, żeby wygrana z Duńczykami potwierdziła, że dziewiąta lokata to ciągle za mało, a granica naszych możliwości leży zdecydowanie wyżej. Spotkanie rozgrywane było w niełatwych warunkach. Po przedpołudniowym deszczu boisko rozmiękło i murawa zamieniła się w breję błota. Father and Sons okazali się jedynym na tym turnieju przeciwnikiem, nad którym nie górowaliśmy fizycznie. Mając wysoki i wybiegany skład, skutecznie niwelowali atletyzm, którym uprzednio zaskakiwaliśmy naszych rywali. Mimo to spotkanie od początku było bardzo wyrównane. Dodatkowo z linii wspomagał nas radami Łukasz z Fire of London, a Girls Stay Home, którzy skończyli swój ostatni mecz wcześniej, zagrzewali do boju żywiołowym dopingiem. Czas skończył się przy stanie 9:9, a więc wygrywała drużyna, która zdobędzie dziesiąty punkt. Bliscy szczęścia byli najpierw Duńczycy, którzy wrzucili długi dysk do zony na swoich rosłych cutterów. Zagranie to pokrzyżował Maniek, który znikąd pojawił się na horrendalnej wysokości i zdjął im dysk sprzed nosa. Atak po przejęciu rozgrywaliśmy dynamicznie i nadzwyczaj starannie. Dystans od naszej zony pod samą strefę przeciwnika pokonaliśmy konsekwentną serią krótkich podań. W posiadaniu dysku znalazł się Czimpsky, który wahając się tylko krótką chwilę, posłał lekki forehand do nabiegającego w bok zony Kłosa. Niestety dysk był wyrzucony zbyt pionowo, co spowodowało, że szybko zapikował w dół. Zmęczony przedłużającym się punktem i walczący z kiepską przyczepnością Adam spróbował dosięgnąć go layoutem, jednak minął się z nim o włos. Father and Sons nie przepuścili takiego prezentu i wygrali spotkanie.
Hamburg Rumble 2011 zakończyliśmy więc na 10. miejscu. Przed turniejem wzięlibyśmy taki wynik w ciemno, mimo to z Niemiec wróciliśmy nieco zawiedzeni. Hamburg Rumble pokazał, że choć do europejskiej elity trochę nam jeszcze brakuje, to zacięcie i sportowa ambicja pozwalają wydatnie zmniejszać ten dystans. Z pewnością inauguracyjny występ Hot-n-Fun zaostrzył nasz apetyt na rywalizację w elite open. Chcemy więcej!
Komentarze
Już nie mogę się doczekać pre – CELu !!!